Wyrok brzmiał jasno. Piętnaście lat. Powinno być pięć – powtarzał sobie w myślach jak mantrę.
Ten pomyłkowy dziesięcioletni nadmiar był jak obca, twarda bryła w jego życiu. Coś, czego nie da się strawić, więc ciało musi się nauczyć z tym żyć. Prawnicy mówili: „to nie takie proste”. Dokumenty krążyły, ginęły w szafach, wracały z pieczątką: „wniosek oddalony”. Urzędnicy mówili: „musi pan poczekać”. Nikt nie mówił: „pomyłka”. System nie lubi przyznawać się do błędów.
Na początku był wściekły. Potem zrozpaczony. Jeszcze później zmęczony. Na końcu stał się obojętny.
Potem było już tylko znużenie. Takie, które wlewa się w każdą myśl i każdą komórkę jego ciała, cięższe niż kajdany.
Przez pierwsze miesiące jeszcze pisał listy. Do adwokata. Do sądu. Do jakiejś fundacji, o której ktoś mu kiedyś wspomniał, że podobno pomagają takim jak on. Siedział na pryczy, pochylony nad kartką, układając słowa starannie, jakby od ich kolejności zależało, czy świat zrozumie coś, czego nie zrozumiał wcześniej.
Tłumaczył. Wyjaśniał. Prosił.
Za każdym razem, gdy oddawał list strażnikowi, czuł coś w rodzaju ulgi. Jakby kawałek ciężaru udało się wyrwać z piersi i zamknąć w kopercie. Potem mijały tygodnie. Czasem docierała sucha informacja: „wniosek rozpatrzony negatywnie”, „brak podstaw do wznowienia postępowania”. Częściej jednak nie docierało do niego nic.
Modlił się też. Najpierw tak, jak uczono go w dzieciństwie: gotowymi formułkami, które nigdy nie były naprawdę jego. Potem zaczął mówić własnymi słowami. Nie prosił o cud. Prosił o zrozumienie, o powód, o nadanie sensu jego położeniu. Chciał się dowiedzieć, dlaczego tu jest. Gdyby tylko gdzieś, w jakimś odległym biurze, istniał dokument, w którym ktoś wyjaśnił całą tę sytuację.
Odpowiedź nie przychodziła.
Bóg w celi był jak adwokat z urzędu – niby przydzielony, ale trudno było go złapać.